ZAPACH E-BOOKA

On 23 kwietnia 2013 by Lidia Prokopowicz

Ponoć każdy szanujący się książkofil nim zacznie czytać nowo zakupioną książkę najpierw wsadza w nią nos, by poczuć zapach papieru i druku, a przede wszystkim, by stwierdzić czy dany egzemplarz ma duszę, czy jej nie ma. Potem książkofil przechodzi do głaskania okładki i myślenia o tym, na której półce świeży zakup stanie.

źródło: booklips.pl

źródło: booklips.pl

Wyznam szczerze, że ja swoich egzemplarzy nie szanuję. Nie potrafię, gdyż widziałam jak szybko umierają, stają się bezwartościowe, rozsypują się, gdy zmurszeje klej, którymi je potraktowano. Mimo to ciągle dokupuję regały, bo nieustannie brak mi miejsca na kolejne tomy. Jestem typem posiadacza-ustawiacza, czasami zdobywam i nie mam czasu przeczytać, więc książka stoi miesiącami i ładnie wygląda.

Powiem dobitniej. Książek nie wącham. Dla mnie pachną magazynem. Oczami wyobraźni widzę jak siedzą w nim: ofoliowane, bezduszne, zimne, gotowe do sprzedaży.

Literatura popularna – pornografia w tramwaju. 

Po tak zwaną literaturę popularną sięga znaczna większość czytających, ale mało kto się do tego przyznaje. Każdy krytykuje. Bo nie ma nic bardziej przyjemnego niż wyśmiać Coelho, poszydzić z debiutu  kolejnej wschodzącej gwiazdki show-biznesu i obrazić fanów Meyer. A potem płakać oczywiście, że biblioteki zamykają i Polacy nie czytają.

Dlaczego?

Sięganie po książki nie jest dzisiaj modne. Mogłoby być, ale kojarzy się z kawą z fusami i pięcioma kotami. Czytanie nie jest zdrowe – psuje nam wzrok i wykrzywia kręgosłupy, sprawia, że nie możemy rano wstać na czas i cały dzień chodzimy zmęczeni. Książki uzależniają. Do tego dużo w nich bzdur, przez co ogłupiają naszą młodzież. I te straszne mordy na okładkach.

Po co w ogóle sięgać po takie tytuły, skoro zostaną niebawem streszczone w Internecie. Lepiej oglądnąć zagraniczny serial on-line, bo długo potrwa za nim pojawi się w polskiej telewizji.

Z literaturą popularną jest tak, że obok książek bardzo dobrych, na półkach stoją tytuły piekielnie złe. Trudno się połapać co można wziąć do tramwaju, nie narażając się na spojrzenia pełne pogardy lub niechęci. Niektórzy silą się na sposób: pewna pani, siedząc obok mnie w autobusie, czytała książkę oprawioną w gazetę. Ja podstępnie jej w nią zajrzałam i oczywiście – Pięćdziesiąt twarzy Greya.

Swoją drogą – nie rozumiem fenomenu. Prawie wszyscy słyszeli o trylogii E.L. James, która była  wielokrotnie krytykowana przez feministki i katolików oraz odczytana  przez znaną aktorkę w popularnym polskim radio. Fanki zacierają ręce czekając na ekranizację, zaczytują się w kolejnych tytułach o podobnej tematyce, pojawiających się jak grzyby po deszczu. A przecież te książki są wyjątkowo słabo napisane, koszmarnie nudne i sztampowe! Wmówiono nam jednak, że biorąc je do ręki staniemy się wyzwolonymi, świadomymi własnych potrzeb kobietami, że My i dziesiątki tysięcy innych czytających Greya na całym świecie, będziemy jednością popierającą chwalebną ideę tworzenia pornografii adresowanej do płci pięknej. Musimy tylko przeczytać ponad 1800 stron. 

Książka książce nierówna.

Jakoś nikt się nie cieszy, że rzesze kobiet i mężczyzn (sic!) pochłaniają te książki.  Przecież ci ludzie zaczytujący się w tramwajach tzw. literaturą niskich lotów są nadzieją narodu. To oni mogą sięgnąć następnie po klasyków, w przeciwieństwie do tych, którzy nigdy po nic nie sięgną, bo… uważają, że ładni ludzie nie czytają.

Problem, jak postrzegana jest osoba czytająca, nieustannie powraca. Nie będę tu opisywać najbardziej skrajnych przypadków, ludzi zupełnie porzucających życie doczesne na rzecz książkowych fantazji. Jest to stereotyp wyjątkowo niekorzystnie wpływający na poziom polskiego czytelnictwa. A wiele osób po prostu nie potrafi się odnaleźć w tak negatywnie prezentowanej grupie. Hasła i akcje sugerujące niechęć do osób nieczytających wcale nie wpływają dobrze na tę sytuację, gdyż dzielą społeczeństwo na lepszych i gorszych, nie nakłaniają do sięgania po książki. 

Chciałabym mieć taką moc, by wszyscy mi wierzyli gdy mówię: „Czytanie jest sexy!”, „Książka w Twojej ręce sprawi, że będziesz modny i ludzie Cię polubią!”, „Nie staniesz się no-lifem, będziesz kimś kto partycypuje w kulturze najnowszej!” „Liczy się treść, a nie forma podania!”

Zaraz, jak to? Jaka treść? Forma! Liczy się zapach świeżego druku i ciężar w ręce, krzykną książkofile. A ja twierdzę, że poezja czytana na smartfonie to ta sama poezja, co w wilgotnym tomiku z czeluści szafy. Emocje te same i można ją mieć zawsze w kieszeni, nawet w deszczu idąc Plantami człowiek sobie poczyta. Snobowanie się w kawiarni z tomem w ręku ma swój urok, ale w biegu czy w tramwaju lepsza jest komórka, a na wakacjach leciutki czytnik z pięćdziesięcioma ulubionymi tytułami w środku.

Czytnik e-booków dla każdego ucznia?

Ktoś powie, że to piekielny wynalazek, z powodu którego nasze dzieci nie będą wiedziały, co to prawdziwa literatura i nigdy nie poznają wartości realnej książki. Ja uważam, że świetnym pomysłem jest wyposażenie uczniów w lekkie czytniki zawierające w sobie wszystkie potrzebne podręczniki i lektury szkolne. Rozwiąże to problem wielu szkolnych bibliotek, które nie posiadają wystarczającej ilości atlasów, słowników i innych przydatnych na lekcjach pozycji. Dzięki organizacjom takim jak Fundacja nowoczesna Polska, ponad dwa tysiące książek w formatach przeznaczonych na czytniki może trafić do każdego ucznia, pedagoga i rodzica. Nauczyciele muszą tylko wyrazić zgodę na korzystanie z elektroniki na lekcjach, a młodzież musi mieć czas, by przywyknąć, że komputer, tablet, czytnik czy komórka nie służą tylko do zabawy i korzystania z Internetu, ale mogą być również narzędziami służącymi do nauki.

Czy nowe pokolenie Polaków będzie uczone wytrwałego przewracania kartek i noszenia ciężkich tornistrów, czy nacisk zostanie położony na treść i ilość książek, z którymi będzie miało do czynienia?

Śmierć czy odrodzenie?

Pojawienie się e-booków nie oznacza wcale śmierci tradycyjnej książki. Ma ona bowiem szansę na długie, dłuższe niż dotychczas życie. Będzie się po nią sięgało w domu w odpowiednich dla niej warunkach. Znajdzie swoje honorowe miejsce na naszych półkach, odnowi się jej wartość, gdyż będzie świętym, namacalnym dowodem naszego oczytania i miłości do literatury.

Z drugiej strony świat jest piękny, gdy można na uczelnię zabrać ulubioną książkę w formacie epub, w domu przy herbacie poczytać ją w tradycyjnym wydaniu, na dobranoc posłuchać jej jako audiobooka, w kinie obejrzeć ekranizację i  zagrać w grę, która powstała na jej podstawie.

A kto odnajdzie się wśród wirtualnych półek, temu cześć i chwała. Jedno jest pewne: już żaden zaczytany egzemplarz mu się w rękach nie rozsypie, najwyżej popłacze sobie nad swoim zalanym kawą urządzeniem elektronicznym.

Książki to wspaniała rozrywka, która nie kończy się jedynie na wyobrażaniu sobie tego co autor miał na myśli, ale także na samodzielnym tworzeniu fabuły, podejmowaniu decyzji i gry z lekturą. Dzięki nim nasz świat staje się ciekawszy.
Czym zatem pachnie e-book, skoro na pewno nie magazynem i folią? Na to pytanie każdy z nas musi sobie odpowiedzieć sam, kierując się swoją wyobraźnią.

TEMAT Z 9. NUMERU DO

Comments are closed.